Dzisiaj bierzemy pod lupę kosmetyki kolorowe, których wiele kobiet unika jak ognia. A przecież używając ich z głową nie dość że podkreślmy wszystkie nasze atuty to dodatkowo możemy ukryć to co nam przeszkadza w naszej twarzy. O czym mowa? O różach i bronzerach.

Przyznaję się bez bicia, że i ja nie używałam. Ale podglądając blogi urodowe, pewnego dnia doszłam do wniosku, że też chcę tak wyglądać – chcę aby moja twarz nareszcie nabrała kolorów i zyskała jakieś bardziej wyostrzone rysy. No i stało się. Trafiły do mnie pierwsze róże. Później dzięki uprzejmości Perfumerii Niebieska mogłam przetestować także bronzery. No i wpadłam po uszy.

1-100_5096

Pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że poniżej przedstawione produkty są odpowiednie dla mojej bardzo jasnej karnacji i nie jestem w stanie powiedzieć Wam, jakby spisywały się na ciemniejszych odcieniach skóry.

Zacznę od trójkolorowego pudru brązującego z rozświetlającym różem – Africa – W7

1-100_5098

Ten produkt chyba najmniej przypadł mi do gustu. Okazuje się, że trzeba mieć nie lada wprawę, aby wymieszać kolory, żeby odpowiednio dostosować ich odcień do skóry. Mimo tego, że ów puder posiada w sobie również róż, ciężko go jakoś osobno uzyskać. Dlatego zdecydowanie pozwolę sobie na nazwanie tego: bronzerem z efektem rozświetlenia, które zapewnia wcześniej wspomniany róż.

Pigmentacja całkiem niezła:

1-100_5105

A teraz czas na mojego ulubieńca, czyli: W7 Double Act – 2w1 Rozświetlający róż i bronzer

1-100_5099

Wiem, że na zdjęciu nie prezentuje się najlepiej, ale niestety miał ostatnio mały wypadek przy przeprowadzce do organizera. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest to mój faworyt, a najlepiej będzie o tym świadczyło to, że używam go codziennie. Dlaczego? Zarówno kolor bronzera jak i różu są bardzo jasne i doskonale dopasowują się do mojej karnacji dając bardzo naturalny efekt. W dodatku nie mam najmniejszego problemu z nabieraniem ich na pędzel i aplikacją na twarz. Czasem je mieszam, czasem nakładam oddzielnie.

Pigmentacja prezentuje się mniej więcej tak:
1-100_5106

Jak widzicie oba mają bardzo delikatne kolory. Dodatkowo bronzer ślicznie rozświetla skórę.

No i ostatni produkt, któremu poświęcę trochę więcej czasu to: W7 Honolulu – matujący bronzer do twarzy

1-100_5101

Opakowanie bronzera jest bardzo ładne – to trzeba mu przyznać. Lekki karton okazał się niezwykle trwały i przyjazny w użytkowaniu. Dodaje produktowi dziewczęcej słodyczy. Pozwolę sobie dodać, że takie opakowania posiadają również wcześniej opisane produkty, które ja otrzymałam w wersjach testowych.

Do opakowania dołączony jest pędzelek:

1-100_5102

Na samym początku myślała, że pędzel do niczego się nie nada. Dlaczego? W trakcie pierwszego użycia z pędzla wypadło kilka włosów. Jeśli takie coś zdarzało by się przy każdym użyciu to po dwóch tygodniach byłabym właścicielką plastikowej rączki jedynie. Na szczęście okazało się, że wypadło ich kilka tylko przy pierwszym użyciu. Być może w trakcie produkcji kilka gdzieś się prześliznęło i nie zostały sklejone. Mniejsza o to, pędzel działa i to jak działa!!

1-100_5104

Zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest on wprost stworzony do aplikacji bronzera oraz różu.

1-100_5103

Sam bronzer jest zdecydowanie bardzo jasny i idealny do mojej karnacji.

1-100_5108

Rozprowadza się bez problemów i nie tworzy plam na twarzy. Nie uczulił mnie, ani nie spowodował żadnych innych działań niepożądanych. Plusem jest również to, że nie pyli.

Podsumowując produkty godne polecenia, ale tylko dla bladolicych, u których sprawdzą się perfekcyjnie. Chyba, że lubicie lekki, naturalny makijaż – wtedy również musicie się postarać o to trio, albo chociaż o jedną pozycję z tych wskazanych przeze mnie.

Buziaki,
Ilona